Ciąg dalszy dżemu w Temu…

Ciąg dalszy dżemu w Temu…

Thu, Mar 26, 2009

News

Ach wybaczcie mi moi mili, ale nagły i niespodziewany wypad do ciepłych krajów, pochłonął mnie na tyle że o śniegu prawie zapomniałem. Wróćmy jednak wspomnieniami do śniegu i do tego co działo się w Temu, jakiś czas… temu (tak, tak Temu jak widać to bardzo popularna miejscówka). A jak to już w nasze tradycji roninowej bywa, działo się wiele.

Zaczęło się już w drodze, bo nagle okazało się że korki i remonty, to nie tylko nasz krajowy przywilej, włosi też lubują się w rozgrzebywaniu dróg i jak się okazało idzie im to całkiem nieźle. Pomijając jednak kilkadziesiąt minut straconych w korkach, dalsza część drogi zrekompensowała widokami wszelkie niedogodności. Zwłaszcza zachód słońca w Passo Tonale. O ilości śniegu nawet nie wspominam, bo takie zimy to tylko na rodzinnej ziemi widziałem.

Pierwszy dzień na stoku, pierwsze podziały na grupy i pierwszy wieczór, w trakcie którego Papi wykazał się doskonałą znajomością tubylczego dialektu, co uratowało nas przed eksmisją z hotelu i nocą na komisariacie. Poliglotów zresztą było wielu, byli i znawcy języka rosyjskiego i włoskiego. Ci ostatni zresztą intensywnie uczyli się słówek w trakcie podróży, niestety z tego co pamiętam udało im się opanować tylko jedno… „salute”.

Będąc w Temu, nie można było nie odwiedzić wyciągów w Passo Tonale, niestety te co nieco rozczarowały, acz sytuację uratowało kilka dorodnych skałek, gdzie większość próbowała swych sił w dość ekstremalnym freeridzie.Warto tu wspomnieć Michasia aka „kaskader”, który mając gdzieś analizę trasy, wziął ściankę z marszu.

Na każdym wyjeździe przychodzi taki czas, że trzeba coś usypać. Usypały i chłopaki dorodną sztunię, co nieco płaską, ale zgrabniutką i z dobrym kącikiem. Do lotów ochoczo zabrała się większość szajki, i szybko okazało się że to nie jest takie hop siup, na jakie wygląda. Nie mniej jednak duże brawa za odwagę, a szczególnie dla Szymiego za styl i konkret loty.

Ale, ale… żeby usypać, trzeba wiedzieć gdzie i jak.. i w tym momencie pojawiają się nie kto inny jak sam Papi i Bastacz we własnych osobach. Ehh… gdyby jeszcze byli pingwinami…

Nie samym śniegiem pingwin jednak żyje (jak się okazuje ludzie też), od czasu do czasu trzeba się jednak rozerwać… Najlepiej na parkiecie, i najlepiej w towarzystwie pięknych pań. I parkiet był i piękne panie, i nawet zagorzali przeciwnicy wyginania ciała się wczuli… Do legendy chyba przejdzie taniec niejakiego Motyla, z niejakim Piniolem.. typa na parkiecie bowiem w życiu nie widziałem. Dla niektórych hitem wieczoru był jednak tajemniczy pokaz specjalny, czyli texański rozbieraniec bez kart z Papim w tle. Texański bo był jak masakra, bez kart bo piękność zapomniała, a z Papim w tle, bo tak to jest kiedy się chce a nie może.

Niestety to co dobre, szybko się kończy. Na szczęście Temu pożegnało nas piękną pogodą, świeżutkim śniegiem i pragnieniem by pozostać jeszcze… choćby jeden dzień…

Dziękuję wszystkim w imieniu swoim marianowym, a także w imieniu całej roninowej szajki i do zobaczenia niebawem. Zdjęcia z wyjazdu do obejrzenia w galerii.

p.s. podziękowania dla dziewczyn z Red Bull’a za dodanie nam po raz kolejny skrzydeł

, , , , , , , , , , , , ,

Autor:

marian - napisał dotychczas 5 postów na ronin snowboards.


Napisz do autora

Komentarze (3)

  1. motyl pisze:

    no brakuje mi fot Papiego z… :D

  2. diaq pisze:

    chciałbyś …… :)

  3. Miszkin pisze:

    Było jak zwykle pieknie!!!! :)

Skomentuj

Musisz przeczytać:

Zapisz sie na roninowy newsletter