Les 2 Alpes – relacja (Mariana narracja)

Les 2 Alpes – relacja (Mariana narracja)

Sat, May 2, 2009

News

Eeep, eeep… to jeszcze urodzinowa czkawka. Wybaczcie, ale całkiem niedawno skończyłem celebrować rocznicę swoich urodzin. Tak, dopiero pierwsza wiosna na karku, a futra na głowie, tyle co kot napłakał. Dobrze że fryz „na amerykana” niezwykle modny ostatnio się zrobił. No ale co tu dużo o Ameryce pisać, skoro dopiero co wróciliśmy z krainy śniegu i żab zwanej Francją.

Napisałbym że się działo, i że było pięknie i w ogóle, ale tak jest zawsze, więc dla zmyły zacznę od schodów. Schody są zawsze. W życiu, pracy i w kasynie, schody być muszą. Niestety, czasem jest tak, że tego jednego (schodu) brak. Tym razem brakło go Szczypaskowi.

Nie zabrakło natomiast biegłych w branży ortopedów. Schodek (nie mylić z kolegą Schodkiem) zapewnił złamanie, ortopedzi zaś, przemieszczenie. I tak było fajnie że nie urwali. Po takim początku, zacząłem się niepokoić czy bezpłetwowce czegoś jeszcze nie zmalują, na szczęście obyło się bez większych kontuzji, nie licząc przeszczepu jaki sobie zafundował kolega Siwy. Chcąc wyglądać jak Pudzian, zamiast łokcia, wszczepił sobie kolano. Co zrobić, uroda wymaga poświęceń. Wróćmy jednak do tematu, i przyglądnijmy się dzień po dniu jak to wszystko wyglądało…

Dzień pierwszy: mój ulubiony,bo uwielbiam patrzeć jak roninowa szajka odziera ze złudzeń świerzaków, i wciska im że na desce to jeszcze niewiele potrafią. Ech… może kiedyś i ja tak będę mógł. Z tego dnia więcej nie opowiem, bo w ferworze wypakowywania i rozdawania sprzętu, gdzieś mnie upchnęli w pokrowcu. Niektórzy po tym dniu odnajdą tajemnicze pismo na drzwiach dzięki któremu poznają bliżej sąsiada. Szczypa jeszcze jeździ, a śnieg pada.

Dzień drugi: pojawia się kamera, za to kompletny brak parcia na szkło. My pingwiny to urodzeni aktorzy, za to ludzie co najwyżej na role statystów zasługują. Kamer to właściwie jest kilka, z czego jedna PRAWDZIWA. Bedziem w filmie ludziska!! W filmie to co niektórzy już wystąpili, choć reżyserzy zadowoleni do końca nie byli. W tym dniu integracja osiągnęła wysoki poziom, a Szczypa już nie jeździ, a pojedynek Motyl vs kierowcy przegrywa ten pierwszy (KO w piętnastej minucie).

Dzień trzeci: walki na stoku ciąg dalszy, jest też walka poza stokiem i wieczorna walka na parkiecie. Wygranych brak, za to przegranych jest kilku… by wspomnieć Andrzeja filmowca, Piniora, Papiego… Miły wieczór, który co nieco powiedział mi o ludziach z jakimi przyszło mi się zadawać. Dowiedziałem się bowiem że Andrzej lubi ogórki, a Bastacz uwielbia nagrywać ludzi jedzących ogórki. Aaaa… no i że niektórzy całkiem nieźle dają i na stoku, i na parkiecie.

Dzień czwarty: La Grave i to mówi samo za siebie. Był romantik, były foty na Naszą Klasę, był puch i był walki duch. Może nie do końca starczyło śniegu, niemniej jednak Francuzi głupi nie są, i na końcu śniegu umożliwili wejście do gondolki. Romantik był nie tylko na La Grave, jak się okazało ludzie to okrutni romantycy, i nie wytrzymają tygodnia, co by na randkę się nie umówić… romantyczną, a jakże. Wycieczka co nieco zmęczyła bezpłetwiaków, a lokale wieczorem świeciły pustkami. Szczypa znowu jeździ.

Dzień piąty: pod znakiem romantyki w parku, snowparku tym razem. Ciosają ostro kursanty, focą ich i filmują. Tym razem reżyserzy zadowoleni. Jest tak zwany progres. Niektórzy nie doceniają uroków mieszkania w Meijotel i wolą spędzić noc w namiocie. Ja spałem w lodówce.
Dzień szósty: oj ciężki, ciężki… zwłaszcza dla tych, którzy to i owo mieli do zdania, ale także dla tych, którzy postanowili poupalać w snowparku. Tak czy tak gratulacje dla Kleryka Kanta, Czesia , Janosika i Emila. Szkoda że ciut, ciut brakło siostrzyczce łobuza Motyla.

Ten ostatni zresztą wykazał się wieczorem, fachowo klejąc się do rury. Rura, a właściwie to co do niej się lepiło, była przyczyną poważnego wytrzeszczu oczu u kolegi Angielskiego (nomen omen Pacjenta), oraz jego Asystenta. Ehhh… to był wieczór… można by rozpisać się  na kilka stron, ale jeszcze nagrabię sobie co u niektórych, i będą mnie ścigać po Grenlandii.

To taki mały skrócik tego co się działo, myślę że większość z Was w sercu zachowa to co najlepsze, i wybaczycie mnie staremu pingwinowi że nie o wszystkich wspomniałem. Tak, czy tak bawiłem się świetnie, a nie bawiłbym się tak, gdyby Was tam nie było.. i za to Wam dziękuję.. i co… do następnego wyjazdu… tym razem z … tragarzami ;)
Duże dzięki dla Piotra z MDS’u za sprzęciwo do testów, a także dla kierowców za pełną profeskę i wygraną z Motylem.
Pisał Maryjan Pingwin Jednoroczny, tłumaczył (z bólem serca)Motyl.

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Autor:

marian - napisał dotychczas 5 postów na ronin snowboards.


Napisz do autora

Komentarze (12)

  1. szczypa pisze:

    az sie lezka w oku kreci .

  2. jamajczyk(emil) pisze:

    a się na ciebie szczypa uwzięli w tym opowiadaniu ;]

    Jak dla mnie najcięższe były poranki i te rozgrzewki :D:D

  3. diaq pisze:

    szczypa szczypa taaaak i nie uwzięli tylko została gwiazdą wyjazdu a gwiazdy mają swoje prawa :)

  4. szczypa pisze:

    tak tak to ja,mozecie mnie dotknac.
    widzisz emil,to wszystko bylo zaplanowane, taki chwyt marketingowy,zeby w koncu pojawic sie w relacji mariana w tak doborowej obstawie.

  5. motyl pisze:

    ja se utnę rękę następnym razem :)

  6. szczypa pisze:

    Mysle Motys,ze to stanowczo za malo.
    i to zbyt łatwe!

  7. diaq pisze:

    motyl to by se musiał głowę uciąć i to z tragarzami …… :)

  8. JAmajczyk(emil) pisze:

    Tak właściwie to zostawiłem 5l wina w autobusie :D mam nadzieje ze smakowało znalazcy :) przypomniałem o nim sobie dopiero po jakieś godzinie jak autokar odjechał i została nas garstka :)

  9. szczypa pisze:

    nie poddawajmy pomysłów innym ;)

  10. Avizo pisze:

    Było gites….by się wróciło…wrócimy!!! Piękne dzięki dla całej ekipy! Buuuuziaki

  11. Asystent pisze:

    W filmiku brakuje pięknego uśmiechu Avizo, ;)

  12. szczypa pisze:

    Asystent ma racje.wieczny usmiech Aviziany powinien byc pokzany:)

Skomentuj

Musisz przeczytać:

Zapisz sie na roninowy newsletter